środa, 22 października 2014

Yashica 35 Electro


Po pierwsze to kawałek metalu, aparat waży swoje. Ta masa jest bardzo elegancka i mógłbym ją postawić na półce, ale nie mam takiej półki. Trzymam ją w etui, a to zaś w plecaku. Zdjęcia przedstawiają mój egzemplarz. To, co ma srebrny kolor to metal - nie plastik!
Ale miałem pisać o robieniu zdjęć! To aparat celownikowy, tzn. patrzy się w okienko którego koniec znajduje się gdzie indziej niż obiektyw. Plusem jest to, że cały czas widać kadr oraz nie ma lustra, które hałasuje. W efekcie ma się poczucie bycia niesłyszalnym przez otoczenie (wrażenie...) co przekłada się na odwagę. Przyznaję, często nie robiłem zdjęcia na ulicy lękając się o reakcje fotografowanej osoby itd. Z tym aparatem ten lęk znika. Może to dzięki świadomości, że paru niezłych gości robiło tak zdjęcia podobnym aparatem?
Aparat jest wygodny w użyciu, choć sam ustawia się jedynie czas. Samemu trzeba pokręcić pierścieniem ostrości oraz przesłony. To ustawiona przesłona decyduje o czasie otwarcia migawki. Ma to swoje plusy, niestety nie można ustawić obu tych wartości oddzielnie. W efekcie korekcję ekspozycji (o ile się używa slajdów) można nanosić jedynie zmieniając ustawienie czułości filmu, co nie jest zbyt łatwe w rękawiczkach. Kręcąc ostatnim pierścieniem można ustawić pracę migawki na B, Auto (czyli opisany wyżej dobór czasu do przesłony) oraz flesz, czyli 1/30 - dla synchronizacji ze starymi fleszami, podobno można pracować na wszystkich czasach z fleszem - muszę to sprawdzić. Warto wspomnieć o zupełnie nieprzydatnym ozdobniku w postaci symboli słoneczka, chmurki oraz okna na pierścieniu przesłon. Małe, ale cieszy.


Inną ciekawostką jest sposób, w jaki aparat komunikuje się z użytkownikiem. Na dolnym zdjęciu widać pośrodku korpusu dwie lampki: SLOW i OVER. Dublują one strzałki z wizjera (nie mam zdjęcia). Żółta informuje, że czas wynosi 1/30 lub mniej i warto pokręcić pierścieniem przesłony by wpuścić więcej światła - kierunek pokrywa się z żółtą strzałką na pierścieniu koło 16. Można zrobić zdjęcie, ale będzie poruszone. Zapalenie się czerwonej to znak, że przekroczyliśmy 1/500 i zdjęcie będzie prześwietlone. Analogiczna strzałka znajduje się przy 1.7. To logiczne rozwiązanie, choć mało precyzyjne. Co ciekawe, wpierw światłomierz sprawdza czy nie zapalić czerwonej, a wciskając głębiej spust czy żółtej! Dopiero dość głębokie naduszenie spustu wyzwala migawkę.
Zdjęcia robi obiektyw (co wbrew pozorom nie jest takie oczywiste). W Yashice jest to niewymienny Yashinon 45m 1:1.7. Te cyferki mówią, że to jasna, standardowa bestia! Nie bawiłem się w porównania ze standardem Zeissa (szkoda mi filmu), efekty są bardzo dobre. Widać to na obrazie rzuconym ścianie, nie w paruset pikselach :) Można wkręcić filtr o średnicy 55mm, osłonę przeciwsłoneczną już niekoniecznie - wchodzi w okienko celownika.
Niedawno samodzielnie przeczyściłem dalmierz, obraz w nim jest znacznie wyraźniejszy! Teraz jeszcze przede mną wymiana kondensatora, bo aparat źle pracuje na czasach dłuższych niż 1/30... Wszystko przez listę dyskusyjną pl.rec.foto, gdzie naprawa Yashiki była ostatnio tematem dyskusji.
Ponieważ oryginalne baterie o napięciu 5.6V nie są już produkowane, trzeba używać zamienników. W moim aparacie siedzi jedna bateria 123 i jedna CR 1/3N, obie o napięciu 3V. Plusy skierowane są ku dołowi aparatu!
Czy mogąc na bezludną wyspę wziąć tylko jeden aparat wziąłbym akurat ten? Nie, ograniczona kontrola ekspozycji oraz szacunek dla 85mm każe mi wybrać lustrzankę. Ale do włóczenia się po ulicy jest w sam raz.

PS: Tekst napisałem parę lat temu, ale przepadł... Znalazłem, wkleiłem. W międzyczasie aparat przepadł u niefrasobliwego ex-kolegi. Szkoda, bo to aparat z duszą, choć dość specyficzny w obsłudze.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Trójkąt tu, trójkąt tam

Dłuuuga przerwa... Cóż, na blogu zamieszczam tylko wybrane zdjęcia, praktycznie bez ludzi - a takich robię dość niewiele. Zwykle fotografuję bardziej lub mniej bliskie mi osoby i generalnie nie upubliczniam tych ujęć tutaj. Czasem jednak próbuję czegoś innego :)
Późną zimą odwiedziłem okolice Bałtowa, gdzie zwiedziłem m.in. ciekawy jar ze śladami dinozaurów. Słońce już powoli opuszczało wąwóz, ale udało mi się złożyć kilka kadrów. Ciągnie mnie teraz do ciemni, oj ciągnie...




Tak naprawdę to mam jednak kłopot z podobnymi kadrami. Staram się znaleźć interesujące kompozycje, światło - ale czegoś mi brakuje. Bo czy taki zdjęcie jak niżej, nie jest ciekawsze?


Hmm....

sobota, 10 maja 2014

Jak zrobić tęczę?

Najpierw weź trochę wody i znajdź miejsce, gdzie możesz ją wylać...


Upewnij się, że na dole jest naprawdę mokro...


Dla efektu dodaj statek - i gotowe :)


Niagara. Cud natury i kropka.

wtorek, 6 maja 2014

Kiedy odłożyć aparat?


Na przykład wtedy. I nie dlatego, że zachód słońca okupuje od dawna top-wszechczasu kiczu. Nie wiał też wiatr z piaskiem, który mógłby coś uszkodzić. Powód był zupełnie inny.
Po przejechaniu samochodem prawie trzech tysięcy kilometrów po różnych mniej lub bardziej pustynnych stanach dotarliśmy na wybrzeże Pacyfiku. Niemal 10 tysięcy kilometrów od domu... A ja robiłem zdjęcia zamiast po prostu wejść na bosaka do wody.
Bo przecież wieczorem tu wrócimy... Bo przecież jeszcze kilka dni będziemy na wybrzeżu...
Ale wieczorem oglądaliśmy szopy pracze grasujące koło motelu. A później takiej plaży już nie spotkaliśmy, ocean oglądając głównie z poziomu mniejszej lub większej drogi...
Czasem lepiej odłożyć aparat.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Było sobie pióro - Parker 25

Dawno temu, za górami, za lasami... 
... ludzie chętniej pisali piórami :)

Dokładnie tak. Kiedyś pisało się piórami. Dziś to jedno z "oldskulkowych" hobby, bo kto jeszcze pisze odręcznie? Kto chce się zamartwiać, czy zaraz nie zabraknie atramentu? I jaki w ogóle atrament wlać?
A jednak, pióra mają w sobie jakąś małą magię. Może to ta odrobina staranności i niedzisiejszych zabiegów, które trzeba im poświęcić? Pomijam tu sprawy kolekcjonerskie i zbieranie ociekających ornamentami, horrendalnie drogich egzemplarzy, które nigdy nie dotykają papieru. Może to sprawa papieru właśnie?
Jakiś czas temu dzięki uprzejmości kolegi rbit9n wróciłem do pisania piórem - namówił mnie na sympatycznego japończyka zwanego Pilot 78G. Porządkując zaś karton ze starociami natknąłem się na starego Parkera 25. Ładne, proste pióro z końcówki lat '70. Korpus z lekko szczotkowanego aluminium, z barwnymi dodatkami na skuwce. Niestety, ów egzemplarz miał bardzo nieprzyjemny defekt: ułamaną końcówkę stalówki. Uszkodzenie niemal niewidoczne, ale zupełnie uniemożliwiające pisanie. Wyglądało to tak:


Trochę pogrzebałem w internecie i znalazłem sklep penhome.co.uk, w którym można było zakupić zamiennik. Ponieważ to nie jest bardzo wyszukane pióro, sprzedawana była od razu stalówka z oprawką. Pasowało mi to, bo wolałem zmienić kolor oprawki na czarny - by pasowała do skuwki mającej czarne elementy. W sprzedaży pozostały jedynie stalówki w rozmiarze EF, ale to też świetnie - wolę cieńszy ślad pióra na papierze. Do kompletu zamówiłem konwerter, by nowa stalówka miała z czego pobierać czarną maź. Przesyłka z Epping w Anglii szła parę dni i oto jej zawartość


A po połączeniu z "moją" częścią pióra uzyskałem taki oto efekt:


Cóż, nie mogłem się powstrzymać i napełniłem pióro przed zrobieniem zdjęcia, więc stalówka nie lśni. Ale czy pióro nie jest od pisania?
Ano jest. "Europejska" stalówka EF jest grubsza od "japońskiej" F, ale atrament podawany jest dość oszczędnie. Po dłuższej przerwie w pisaniu trzeba lekko docisnąć pióro do papieru by atrament się ruszył, inaczej będzie go trochę za mało. Później pióro sunie po papierze miękko, bez drapania, daje dużo radości z zaczerniania kolejnych centymetrów.
Jedyny minus to mniej dokładne spasowanie obsadki i skuwki. Choć po wsunięciu trzymają się siebie pewnie, to jest maleńki luz przez który skuwka się lekko telepie - powstaje wrażenie jakby coś było niedokręcone. Cóż, pióro produkowano przez 10 lat, coś się mogło w kolejnych partiach zmienić. Nie zmienia to faktu, że moja "nowa" 25 to piękny aluminiowy kawałek frajdy.


piątek, 25 kwietnia 2014

Domek


Kabacka ciekawostka. Tyle razy przejeżdżałem rowerem koło tych apartamentowców i dopiero dziś spostrzegłem jakieś oznaki życia.

środa, 23 kwietnia 2014

Czegoś brakuje...


Jest takie miejsce wśród amerykańskiego bezkresu gdzie jest naprawdę pusto. Pusto od wszelakich zanieczyszczeń powietrza, wyziewów z pieców węglowych itp. A do tego sucho i ciepło - efektem widoczność na kilkaset kilometrów (200-250)!
Trudno to uchwycić na zdjęciu...


niedziela, 13 kwietnia 2014

Najpiękniejsze miejsce na Ziemi...


... jest gdzieś w tej okolicy.

Cztery litery: U T A H

Co ciekawe, niemal nie mam stamtąd zdjęć. Wpatrywałem się w drogę, nie mogąc oderwać oczu od otaczającego mnie piękna. Czasem zastanawiałem się podczas tej długiej podróży czemu Amerykanie w ogóle ruszają się ze swojego kraju. Krajobrazy? Są. Dzieła sztuki? Muzea wprost nimi ociekają. Ciekawi ludzie? Kraj zbudowali imigranci z każdego zakątka świata... Trochę przesadzam, ale tylko trochę ;)

wtorek, 8 kwietnia 2014

Pif-paf, kowboju


Wciąż wspominkowe kwadraty. Tym razem landszaft nad landszaftami, czyli Monument Valley. To tu kręcono chyba 95 proc. westernów, a wrażenie przestrzeni jest oszałamiajace...

poniedziałek, 31 marca 2014

Światłomierze przedwczoraj, wczoraj i dziś


Odkąd wpadł mi w ręce światłomierz optyczny Bewi (o którym szerzej pisałem tu) zastanawiam się, ile techniki i technologii jest naprawdę niezbędne do zrobienia zwykłego zdjęcia. Nie mam na myśli złożonych ujęć wykorzystujących dodatkowe źródła światła ani ekstremalnych sytuacji jak taniec świetlików na łące, ale "zwykłe" zdjęcia robione na przysłowiowym spacerze z psem.
Ustawienie kombinacji czas/przysłona nie jest przecież jak lot na Księżyc - choć podejrzewam, że współczesne Sekoniki napędzane są silniejszymi procesorami niż te na Apollo 11 :) Wyjąłem zatem z szuflady parę różnych urządzeń, każde próbuje coś podpowiedzieć.

Najmniejsze to "Tabela naświetlań". Ma postać niewielkiego kółka o średnicy ok. 8 cm, które waży parę gram. Składa się z dwóch części plastiku: nieruchomej, pełnej rozmaitych wskazówek (dobrze widocznej na poniższym zdjęciu z lewej strony) oraz przezroczystej ze skalą (po prawej).

Na początku warto przeczytać instrukcję na odwrocie - jest po polsku - by zrozumieć co, jak i w jakiej kolejności. Ogólnie polega to na kilkukrotnym kręceniu kółkiem by odnaleźć warunki ekspozycji:
1. Najpierw znajdujemy w okienku "Początek" czułość naszego filmu w DIN (kończy się na odpowiedniku ISO 200, sam dopisałem sobie "400").
2. Teraz w tabelce "Pora dnia" szukamy miesiąca i pory dnia - to pierwsza z korekt, bo np. grudzień rano lub po południu to 5 stopni różnicy - każdy stopień to litera po prawej stronie. 5. stopień to literka E, więc odpowiadające tej literce wcięcie na przezroczystym krążku łapiemy palcem i w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara dociągamy do brzegu oznaczonego słowem "Opór".
3. Później "Przedmiot zdjęcia" - znów szereg korekt, od "Krajobrazu śnieżnego" po "Pokój jasny" - w sumie 9 stopni korekcji.
4. Kolejna zmienna to "Pogoda" - dalsze 4 stopnie korekcji.
Efekt odczytujemy w okienku na dole kółka: na górze jest czas, na dole przysłona. Gotowe!
Skuteczność? Na dworze, w zwyczajnych warunkach oświetleniowych, efekt jest całkiem całkiem dokładny. To jednak praktycznie nieprzydatne urządzenie w pomieszczeniach, choć jest przelicznik dla flesza na proszek błyskowy i dla lamp nitraphot (ma ktoś pod ręką? :)

Teraz czas na coś z baterią w środku.


Po lewej średniozaawansowany Sekonic L-358, po prawej Lunasix 3. Każdy wymaga baterii, każdy ma swoje plusy i minusy. Sekonic jest wyraźnie dłuższy i nieco węższy, ale Lunasix lepiej mieści się w kieszeni (bez nakładki). W obu można zmierzyć światło odbite, ale i padające. W Lunasixie to trochę prostsze, wystarczy zakryć okno czujnika (górna ścianka) kopułką. Sekonic wymaga zmiany nasadki, ale jego kopułka jest większa, można też ją częściowo schować ograniczając kierunek, z którego pada na nią światło. Do obu można też doczepić przystawki mierzące światło bardziej punktowo - testowałem to tylko z Lunsasixem. Trzeba jeszcze tylko ustawić czułość filmu i możemy zaczynać. Uff.
Sam pomiar w Sekonicu jest prosty - naciska się guzik z prawej strony i odczytuje wynik. Światłomierz pozwala wybrać, czy mierzymy w trybie przesłony, czasu lub EV - i do tego dobiera parametry. Kręcąc kółkiem możemy przesuwać parę czas-przesłona. To są podstawy. Można zrobić kilka pomiarów i wybrać średnią, mierzyć odchylenia od danego pomiaru, sprawdzać udział światła błyskowego w zastanym, odpalać zdalnie flesze (z dodatkowym modułem) itp. Nie wchodzę w szczegóły, bo inne porównywane tu światłomierze nie mają tych opcji.
Lunasix działa trochę inaczej, są dwa tryby pracy zależne od jasności motywu. Do pewnego poziomu (12 EV?) przełącznik po prawej stronie wciska się górną częścią, ale jak jasność przekracza skalę trzeba wcisnąć jego dolną część. Na powyższym zdjęciu wskazówka zatrzymała się ok. 10, kręcimy więc dużą tarczą by mały trójkącik też wskazywał 10 i odczytujemy naszą parę czas-przesłona. Długo się pisze, krótko się robi :) Gotowe.

OK, czas na konkret. W słoneczne marcowe popołudnie zrobiłem test: zmierzyłem warunki oświetleniowe oświetlonego słońcem domu. Zacząłem od tabeli naświetlań, potem Bewi, Lunasix i Sekonic. Założyłem, że mamy film o czułości 100, a przesłona to f8. Wyniki pomiarów i efekt znajduje się na zdjęciu poniżej:


Różnica pomiarów wyniosła dwie działki. Tak naprawdę, dla negatywu nie jest to dramat. Przypuszczam, że z tak naświetlonych klatek bez problemu uzyskamy odbitkę, na której można będzie oddać niemal wszystkie niuanse. O ile oczywiście nie utleni się wywoływacz - jak mi ostatnio - ale to już zupełnie inna historia...

środa, 26 marca 2014

Podkowa


Jeszcze jedno bajeczne miejsce - zakręt rzeki Colorado. Zdjęcie zrobione naprawdę szerokim kątem - 21 mm w małym obrazku. A za plecami - pustynia...


Choć nikt nie mówił, że to Sahara :)

niedziela, 16 marca 2014

Antelope Canyon czyli o porażce

Są takie miejsca, gdzie bardzo trudno robi się zdjęcia. Codziennie przemierzane i dobrze znane ulice, na których nic się nie zmienia. Lasy bez liści w szarym, nieciekawym świetle. Widok z okna na ścianę bloku obok. Jasne, z każdego motywu coś da się wyrzeźbić, ale często fotograficzne oko po prostu śpi.
Ale są i miejsca - samograje. Esencje fotogeniczności, gdzie spust migawki rozgrzewa się do czerwoności. Byłem w jednym z takich miejsc, w kanionie Antelope.


Zdjęcia z niego widział chyba każdy, bo to trudno w nim nie zrobić zdjęcia, które łatwo podbija serce. Wąski wąwóz wyrzeźbiony przez wodę w barwnym piaskowcu, którego ściany w niezwykle plastyczny sposób oświetla przesączające się przez szczeliny na górze słońce.
Ale tam poległem. Zrobiłem kilkanaście zdjęć i przestałem. Każdy wokół mnie trzaskał jak oszalały, ja miałem dość. Czułem, że to banał, że nic z tych zdjęć nie wyjdzie. Nie oddam magicznej aury tego miejsca, tej gry form i światła. Szykując ten post, kilka lat po wizycie w Antelope, czuję ten sam niedosyt.


Ciekawe, skąd się bierze taka niemoc...

sobota, 15 marca 2014

Warto zapamiętać...

Przeglądając różne blogi można trafić na prawdziwe perełki. Na zajmującym i naprawdę wesołym szymonbike.blogspot.com znalazłem wpis będący piękną afirmacją życia tu i teraz. Wklejam go w całości, bym mógł doń czasem zaglądać nawet jeśli Autor go skasuje (oby nie :))
Stoję sobie na tarasie, popijam Don Simona i oglądam co się dzieje na deptaku poniżej. Nie dzieje się wiele. Raz po raz przechadzają się grupki emerytów. Czasem jakiś starszy pan przejedzie sobie na elektrycznym wózku. Wszyscy prześcigają się w byciu coraz to starszym i pozbawionym energii. Przechadzają się tak powolutku, przystając czasem na kawę żeby jakoś zapełnić czas. Plaża jest pusta. Nikt z tego starszego towarzystwa nie ma siły żeby się na nią pchać.
Sąsiad z apartamentowca obok właśnie rozwiesił pranie i otwiera gazetę. Nie wyjdzie dzisiaj z mieszkania. Nie ma po co.
Niespecjalnie energetycznie nastrajający widok.
 
Dopijam Don Simona i daję sobie z tym spokój. Wracam do pokoju poczytać sobie reakcje pod ostatnim postem. Napisałem coś takiego:
 
"Po co masz się męczyć całą zimę skoro gdzieś tam jest tak jak lubisz? Kwestia wyboru."
 
Jestem w błędzie. To nie kwestia wyboru. To kwestia posiadania kasy. Pracy. Kariery. Obowiązków. Rodziny. Dziecka. Dziewczyny. Psa. Dużego telewizora. Kasy. 
 
Okej. Macie rację. Swoją. Zapewne taką samą rację mieli Ci wszyscy pozbawieni energii emeryci którzy teraz snują się deptaczkiem w Calpe. Dopięli swego. Spłacili kredyty, odłożyli bezpieczne kapitały, pobudowali domy z wielkimi telewizorami. Poszli za głosem rozsądku, odłożyli przyjemności na później. Dopięli swego. Nareszcie mogą zacząć żyć tak, jak zawsze chcieli.
 
Szkoda tylko, że pracując na ten złudny sukces coś przeciekło im przez palce.
Bo oprócz przyjemności, na później odłożyli też praktycznie całe swoje życie.

piątek, 14 marca 2014

*** [dialog wewnętrzny]


Ulica Próżna

Krzyżówka


Coś nowego...

Rozterki kadrowania

OK, mamy zdjęcie. Zrobione raczej szybko podczas wycieczki, czas goni, ledwie statyw dało się rozłożyć. Tyle rzeczy wokół, na czym się skupić? Bezpieczne wyjście - szeroki kąt, by jak najwięcej uroku miejsca złapać w jednym kadrze. Przykładowo tak:


 To fragment ścieżki "Bright Angels" w Wielkim Kanionie. Piękne miejsce, jest na czym zawiesić wzrok.

A teraz blog. Założyłem sobie, że cykl "USA" będzie składał się raczej z kwadratowych zdjęć. Jak zatem skadrować w kwadrat powyższy widok? Może tak, skupiając się na samotnej chmurze?


A może lepiej skontrastować ze sobą mikrą zieleń, przestrzeń nieba, nadchodzące załamanie pogody?


Decyzje...

PS: a czym jeszcze różnią się te zdjęcia? :)

środa, 12 marca 2014

Cud absolutny


Wielki Kanion Kolorado.






Trochę brak mi słów by go opisać. Przepiękne miejsce, którego wielkość trudno oddać na zdjęciu. Wygląda trochę tak, jakby spojrzeć na Tatry z Gubałówki, ale Tatry postawione na głowie...

wtorek, 11 marca 2014

*** [bezpieczne przejście]


Z jednej strony - trudno czuć niebezpieczeństwo widząc tyle radiowozów.
Ale z drugiej - czy dobrze wtedy przekraczać dwie ciągłe linie?
Hmm...

niedziela, 9 marca 2014

Nakarmić szczury


Cichy zakątek w Nowym Yorku, zaplecze Wall Street. Na horyzoncie - biurowce rozmaitych instytucji finansowych. Tu nikt się z nikim nie podzieli choćby okruszkiem :)

piątek, 7 marca 2014

Policz do 731


Dawno temu odwiedziłem USA. Przepastny kraj, pełno tam wszystkiego, a do tego większego niż tu. Przeglądając archiwa slajdów uświadomiłem sobie, że jest w nich sporo zdjęć, które pasują akurat na tego bloga. Zaczynamy.
To zdjęcie zrobiłem w którymś z nowojorskich muzeów.

poniedziałek, 3 marca 2014

Yashica 124G

Aparat jaki jest, każdy widzi. Od razu rzuca się w oczy, że to nie jest maszyna, jaką widzimy zwykle u fotografujących. Po pierwsze ma dwa obiektywy: jeden nad drugim. Patrzy się przez kominek na samej górze, a co więcej patrzy się z góry. Używa się filmu typu 120, czyli takiego o szerokości 56 mm, a rezultatem są kwadratowe zdjęcia. Przejdźmy do szczegółów.

Dwa obiektywy

Wadą typowych lustrzanek jednoobiektywowych jest lustro znajdujące się między filmem a obiektywem. Dzięki niemu możemy zobaczyć dokładnie to, co zobaczy klatka filmu, ale musi się ono podnieść przed zrobieniem zdjęcia. W tym typie aparatów jest inaczej. Górny obiektyw służy wyłącznie do patrzenia, dolny tylko do naświetlania klatki. Cały czas widać, co się dzieje. Nic nie lata, nie ma żadnego hałasu prócz otwierającej się migawki. Minusem tego rozwiązania jest niewielka paralaksa, czyli przesunięcie się obrazu widzianego przeze mnie względem rejestrowanego. Ale zwykle nie stanowi to problemu, a w niektórych aparatach jest ona sprzętowo eliminowana.

Inną ciekawostką jest migawka centralna. Pozwala robić zdjęcia w zakresie czasów 1 - 1/500 sekundy i z dowolnym czasem można używać flesza. Obiektyw ma ogniskową 80mm czyli ma zakres widzenia odpowiadający standardowi dla małego obrazka - 50mm. Minimalna odległość to 1 metr, to za mało jeśli chce się zrobić ciasny portret.

Kominek

Tak się nazywa te parę blaszek, które można złożyć lub rozłożyć na górze aparatu. Na zdjęciu są rozłożone (pokrywa kominka ma Y w kółeczku). Przezeń patrzy się na matówkę, na której powstaje obraz rzucony przez górny obiektyw via lustro.

To jedna z najfajniejszych rzeczy w tym aparacie (oraz innych używających szerokiego filmu i kominka): oglądanie kadru wielkości 6x6 cm. To bardzo ułatwia zrobienie zdjęcia, a dodatkowo zachęca do eksperymentów z ułożeniem aparatu. Gorzej, gdy chcę zrobić zdjęcie z wysokości twarzy, ale zdarza to się rzadko. Niby jest tzw. celownik sportowy, czyli celownik oparty na dwóch otworach, małym przy oku i dużym z przodu aparatu (ta pokrywka z Y w kółku się składa), lecz nie jest wygodne. Ułatwieniem w nastawianiu ostrości jest małe szkło powiększające (nie widać go na zdjęciu), które chowa się w pokrywie kominka. Bardzo łatwo czyści się z kurzu matówkę, składającą się z soczewki Fresnela oraz drugiej z kółkiem z mikrorastrem.

Film 120

Czyli szeroki format. Film ma szerokość 56mm i nawinięty jest na szpulę. Na drugą się go nawija w aparacie, po zrobieniu zdjęć oddaję się tą drugą a zachowuje pierwszą (to naprawdę nie jest istotne :) Więcej z tym zamieszania niż z normalną kasetką małoobrazkową, ale za to klatka jest znacznie większa.

I ona jest kluczem do całej zabawy. Zdjęcia zrobione tym aparatem, choć jest on bardzo prostą i wiekową konstrukcją, nadają się bardziej do powiększeń niż robione czymkolwiek na małym filmie. Po prostu większa klatka to więcej zarejestrowanych informacji. Ostatnio zrobiłem slajdy i co się na nie spojrzę, czuję słodycz w sercu. Piękne żywe kolory w kwadracie!

Efekty?

Oto zdjęcie zrobione na drobnoziarnistym negatywie Fuji Reala 100:



i kadr ze skanu, bez korekcji i podostrzania:



To chyba nie wymaga komentarza :)

Wrażenia

Zdjęcia robi się inaczej. Poczynając od zupełnie innego trzymania aparatu (ręce tworzą kołyskę, w której aparat siedzi, kciuki na małych pokrętłach czasu i przesłony między obiektywami), przez zwolnione tempo robienia zdjęć (aparat ma światłomierz, ale mu nie wierzę i zawsze mierzę światło światłomierzem zewnętrznym), a kończąc na trzykrotnie mniejszej ilości klatek, która skłania do większej refleksji przed wykonaniem zdjęcia. Koszty są podobne do obróbki całego filmu małoobrazkowego, frajda większa!

Minusem jest niewielki margines zmian optyki. Można dodać osłonę przeciwsłoneczną (rzecz obowiązkowa!), filtry (na dość specyficznym mocowaniu Bay I; jeden nawet jest na zdjęciu aparatu), nasadkę poszerzającą lub zwężającą kąt widzenia (ponoć bardzo pogarszają obraz). Aparat swoje waży - około kilograma. Ale ileż z tego kilograma wynika! Trudno też niedocenić urody czarnego futerału wykładanego czerwonym pluszem! Dla estetów polecam wersję 124, która bogato zdobiona jest chromem.

Post scriptum

Napisałem ten tekst parę lat temu, poprawiłem parę literówek. Dalej lubię TLR-y, jak z angielska nazywa się lustrzanki dwuobiektywowe, ale przesiadłem się na Rolleiflexa T - ciut lepsza optyka, parę zmian w ergonomii, zabawa podobna. 

czwartek, 27 lutego 2014

Pszczoła Robotnica

Chyba wiadomo czemu z wielkiej litery...

PS: post pojawił się trzy razy, wysyłałem go z telefonu. Taki test test test :)